Dzień powrotu, czyli niedługo kolejne wpisy

•16/02/2012 • Dodaj komentarz

Jejku, jejku, ile to już czasu minęło od ostatniego wpisu? Na swoje usprawiedliwienie mogę jedynie spuścić głowę i postarać się więcej takich przerw nie robić.

Strasznie dużo się u naszej Rodzinki działo ostatnio, to i blog troszeczkę w niepamięć został odstawiony. Przeprowadzka (Rodzinka ma teraz cieplutki domek na przedmieściach, a F. ogromny salon do ekspolarcji), urodzinki (Konusik skończył ROCZEK:)), pierwsze samodzielne kroki (i tu pojawia się dumnie wypięta pierś Taty :) :)), pierwsze baba, mama, tata, dziaaaaek (dziadek), edziedziedzie (określenie jazdy samochodem), bach (gdy coś upadło). Niedługo pojawią się krótkie notki odnośnie tych wydarzeń, może nawet dzisiaj (jeśli po szczepieniu uda mi się Fifka spać ułożyć).

Na razie muszę się jednak pożegnać, ponieważ słyszę dochodzące z piętra nawoływania dopiero co obudzonego potomka :)

Do zobaczenia

Tata

 

Jedyny taki dzień w roku, czyli Baby’s 1st Christmas (I)

•14/01/2012 • Dodaj komentarz

Święta, Święta i … po Świętach :) Ale co to były za Święta, hmmm… z przygodami, z dodatkowymi kosztami, z brakiem prądu, z dwunastoma godzinami w samochodzie, no i oczywiście z całą masą, górą, ogromem prezentów, prezencików i podarków maści wszelakiej :)

Ale po kolei.

Na początku przeprosiny, że tak długo nie dawaliśmy znaku życia. Jesteśmy w trakcie przeprowadzki (a dokładniej na etapie szukania odpowiedniego lokum), poza tym troszkę nam się Filipek rozchorował i jakoś nie może się do końca wyleczyć. I dopiero dzisiaj znalazłem chwilkę, aby sobie skrobnąć kilka linijek. Konusik śpi (tylko co jakiś czas kaszelek słychać), kawka zrobiona, mogę zaczynać.

Wszystko zaczęło się od pomysłu, aby te pierwsze Święta spędzić razem z Dziadkami. Załatwienie urlopu w okresie świątecznym to wcale nie taka prosta sprawa, jednak po wielu podchodach, zabiegach, proszeniach się udało. Teraz bilety. Drożyznaaaaa. Ale tak to jest, jak się załatwia wszystko na ostatnią chwilę. Jeszcze tylko niewielkie prezenty rodzince i odwieczne pytanie: Co komu się przyda? No i nadszedł dzień pakowania. I jak tu wszystko zmieścić w ten jeden bagaż?

Spakowani (nie wszystko udało się zabrać) załadowaliśmy się do naszego zielonego autka i ruszyliśmy na lotnisko. A po drodze to czerwone światła, to jakaś stłuczka. I się spóźniliśmy na odprawę biletowo – bagażową :( I co teraz? Miła Pani poinformowała nas, że możemy się udać do odprawy osobistej i tam załatwimy wszystkie formalności. Jednak na miejscu okazało się, że prawdopodobnie zabiorą nam bagaż, ponieważ przewozimy za dużo płynów :| Jak to zabiorą? Kiedy jednak zobaczyli Mamę bliską płaczu, zlitowali się nad nami, wykonali jeden telefon i się dowiedzieliśmy, że bagaż jednak z nami poleci (za niewielką opłatą 60 euro:)). I tak właśnie zaczęła się nasza podróż do Polski.

W samolocie nasz F., jak to ma w zwyczaju, zaczepiał wszystkich dookoła, tak więc lot do PL minął nam bardzo szybko.

A w Polsce… gdzie nasz Wnusio? Cmok, cmok, mua… Rodzice w odstawkę, Dziadkowie się od teraz będą zajmować Fifkiem (łącznie z nieprzyjemnymi pieluchowymi niespodziankami :) ) Ufff. Nareszcie chwilka oddechu dla Mamy i Taty. Kochany jest ten nasz urwisek, ale czasami… :)

24 grudnia, Wigilia. Końcowe gotowanie i przygotowywanie. Aż tu nagle… pstryk i brak prądu :(

c.d.n.

Dzień składania życzeń, czyli pierwsza wspólna Wigilia.

•24/12/2011 • Dodaj komentarz

Wigilia, na ten dzień większość z nas czeka z niecierpliwością. Dzielenie się opłatkiem, życzenia, wspólna odświętna kolacja.
W związku z tym, moi Drodzy, przyjmijcie od nas, Rodzinki Odświętnej :) , najserdeczniejsze życzenia zdrowych i pogodnych Świąt Narodzenia Pańskiego, aby w ten dzień uśmiech gościł w Waszych domach a świąteczna kolacja przebiegła w miłej i rodzinnej atmosferze.
A dla najmłodszych naszych pociech życzymy Świętego Mikołaja z ogroooomnym workiem wypełnionym po brzegi prezentami.
I jeszcze jedno: A Wam z czym kojarzą się Święta Bożego Narodzenia? Niech każdy z nas przypomni sobie coś miłego i kiedy dopadną nas chwile zmęczenia przypomnijmy sobie właśnie tę jedną rzecz a na pewno dobry nastrój wróci.
Wesołych Świąt – Nollaig Shona Duit

Dzień złożenia wniosku o paszport, czyli krótki wypad do Dublina.

•06/12/2011 • Dodaj komentarz

Właśnie wróciliśmy z krótkiego spacerku, na którym spotkaliśmy… Świętego Mikołaja. Dzisiaj 6 grudnia, Mikołajki, no i w polskim sklepie Pewex stał sobie prawdziwy Święty Mick :) Kiedy poszedł do Filipka, ten, jak to ma w zwyczaju, rozdziawił pyszczydło w szerokim uśmiechu, pokazując całe swoje uzębienie (w liczbie 4:)). Mikołaj, wielce zdziwiony, powiedział, że to pierwszy dzieciaczek, który się go nie boi. I w nagrodę dostaliśmy worek słodkości:

Niestety F. jest jeszcze za mały na takie łakocie, Mama coś krzyczała ostatnio o jakiejś diecie, więc… (i tu pojawia się rozdziawione pyszczydło Taty:)).

Od kilku dni jesteśmy obecni na FB, 31 osób kliknęło znany wszystkim guzik Lajk it – dziękujemy. Mam nadzieję, że niedługo będzie nas więcej. Póki co kolejny wpis.

Dzisiaj na blogu – wyjazd służbowy do Dublina w celu złożenia wniosku o paszport dla naszego małego Podróżnika.

Ciekawa historia z tym całym paszportem. Kilku naszych znajomych podpowiedziało nam, że możemy się starać o paszport irlandzki. Jednym z warunków ubiegania się o ten paszport jest pobyt powyżej trzech lat w IRL jednego z rodziców przed narodzinami dziecka. W przypadku naszej Rodzinki okres ten wyniósł 2 lata i 9 miesięcy :) , więc wyboru nie mieliśmy.

Kiedy zadzwoniłem, aby umówić się na wizytę w Ambasadzie Polskiej w Dublinie, strasznie miły Pan, strasznie miłym głosem, strasznie miło mnie poinformował, że do wyrobienia zwykłego paszportu nie jest potrzebna obecność dziecka (to fajnie) ale oboje rodziców musi być. W takim razie z kim zostawić dziecko? I w ten sposób Bąbelek pojechał na swoją, jak na razie, najdłuższą wycieczkę samochodową (F. miał 3,5 miesiąca):

Do ambasady dotarliśmy po ok. 3 godzinach jazdy z niewielkim postojem na nakarmienie Konusika. A w ambasadzie, jak to na terytorium Polski, mimo że byliśmy umówieni na konkretną godzinę, to i tak musieliśmy swoje w kolejce odstać. Dobrze że nie powstał żaden komitet kolejkowy :) Echhh… PRL, chyba nie da się tego wyplenić z naszej podświadomości :)

Kiedy już załatwiliśmy wszystkie papierkowe formalności udaliśmy się na kolejne karmienie:

I czas było ruszać w podróż do domu. Zajęła nam ona ponad 4 godziny. Straszne te korki. Zmęczeni potwornie jednak cali i zdrowi wróciliśmy do Cork. To była to długa podróż. A wieczorkiem całą rodzinką zasiedliśmy obejrzeć te kilka zdjęć, które udało nam się zrobić:

Pozdrawiamy i do zobaczenia w kolejnym wpisie.

Tata

Dzień całowania kamieni, czyli z wizytą w Blarney Castle and Gardens.

•01/12/2011 • Dodaj komentarz

Ech, jak ten czas leci. Kiedy dzisiaj wybierałem zdjęcia, które chciałbym zamieścić we wpisie, zdałem sobie sprawę, że minęło już 10 miesięcy i 1 tydzień od kiedy nasze życie (znaczy Mamy i Taty) odwróciło się o 360 stopni. A teraz to nasze Życie nie daje spokojnie posiedzieć. Wszędzie go pełno: a to pomknął do kuchni, po drodze zahaczając o łazienkę, a to śmignął pod ławę i już przeżuwa jakieś kable, a od kiedy nauczył się wstawać przy meblach… to już wolę nie myśleć co będzie dalej :)

Z drugiej strony wolę takie dzieciątko niż ciepłą kluchę, która całymi dniami siedziałaby na rękach albo spała. Chociaż muszę przyznać, że dzień lub dwa wytchnienia by się przydały :) Ale takie jest życie rodzica, prawda?

Kiedy Fifi miał 9 tygodni w odwiedziny do Rodzinki na Wyspie przyjechał Dziadek. Wtedy też Rodzice mogli odsapnąć i naładować baterie przed kolejnymi miesiącami parentsowania. Gdyby tylko wiedzieli, że F. będzie taki ruchliwy i wszędobylski na pewno nie pozwoliliby Dziadkowi tak szybko wyjechać. A jeśli by próbował mimo wszystko opuścić Eire, to zostałby pojmany, zamknięty w jakimś ciemnym pomieszczeniu i wykorzystywany do uspokajania i zabawiania wnuka :) Ależ to zabrzmiało… Wyrodni Rodzice :)

W tamtym okresie jednym ze sposobów na Konusika by pospał i się uspokoił była jazda samochodem. Pewnego dnia, kiedy wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały na ładną pogodę (a w Irlandii trzeba z takich dobrodziejstw korzystać) nasza Rodzinka zdecydowała się na szybki wypad do Blarney.

Blarney (z irl. an Bhlarna co oznacza małe pole) to niewielkie miasteczko położone w odległości 8 km na północny-zachód od Cork. Główną atrakcją turystyczną jest Blarney Castle (zamek) oraz znajdujący się na samym szczycie tego zamku Blarney Stone (kamień). Według legendy, na każdego, kto wejdzie na wieżę zamkową, wykona niewielką ekwilibrystyczną sztuczkę i pocałuje kamień, spłynie dar elokwencji. Muszę przyznać, że kiedy byliśmy tam pierwszy raz, nie odważyliśmy się cmoknąć cegiełki :) Widok tych wszystkich ludzi, którzy wyginając plecy i zwisając głową w dół poza murami zamku próbują dosięgnąć kamienia skutecznie nas odstraszył. Przynajmniej za pierwszym razem. Kiedy wróciliśmy tam po raz kolejny pewna obawa była, jednak nie tak duża jak za pierwszym razem i w końcu Tata zdecydował się na his first kiss:

A tak wygląda kolejka wariatów czekających aby pogubić klucze i drobne podczas wyginania się:

Do Blarney Rodzinka wybiera się średnio raz w roku, a to z prostego powodu: blisko i jest co zwiedzać. Kiedy w marcu przyjechał do nas Dziadek Romek długo nie musieliśmy się zastanawiać, gdzie pojechać. Jedyna obawa była taka, że Dziadek – mieszkaniec Malborka, nie za bardzo będzie zainteresowany oglądaniem zamku, który spokojnie mógłby się zmieścić w jednej z sal Zamku w Malborku. I tu się myliliśmy. Wrażenie na nim wywarła właśnie ta ciasnota i pokoiki wielkości naszych szaf :)

Nie bardzo wiedzieliśmy w co ubrać naszego Konusika. Marzec, pogoda na ówczesną chwilę może być ale to wszystko mogło się drastycznie zmienić. Zostało na Kosmonaucie Błękitnym:

Po przyjeździe na miejsce okazało się, że pogoda spłata nam figla i… będzie słonecznie i cieplutko. To w takim razie Na zamek, huuurrraaaa:

Nasz Bąbelek niestety nic nie wyniósł z tej wycieczki, ponieważ calutką przespał. Ale wtedy zostało mu to wybaczone :)

Mama, jak to Matki w zwyczaju mają, poświęciła się i została z potomkiem na ziemi, a w tym czasie Tata i Dziadek wdrapywali się na szczyt zamku, by móc podziwiać takie oto widoki:

Po zwiedzeniu tego niewielkiego zamku przyszedł czas na odbycie długiego spaceru po terenie ogrodów. Z każdą wizytą Rodzinka odkrywał coraz to nowe miejsca do przechadzek. Najwidoczniej Zamkowi w Blarney kryzys nie przeszkadza. Nowe miejsce do zabaw dla dzieci (nawet tych starszych, po dwudziestce), kolejne pętle spacerowe, zagospodarowanie terenów podmokłych. I kto powiedział, że nie warto wracać do już raz odwiedzonych miejsc?

Od tego spacerowania wszystkim troszkę zaschło w gardle, łącznie z naszym Konusikiem, który jak tylko otworzył oczka, zaczął domagać się swojej porcji. Musieliśmy w takim razie zrobić sobie niewielki postój, znaleźć ustronne miejsce i nakarmić naszego głodomorka:

Po szybkim posileniu się mogliśmy kontynuować nasz spacer.

Na terenie ogrodów zamkowych znajduje się również Blarney House. Wybudowany w 1874 roku został włączony do grupy Great Houses of Ireland. Akurat w czasie naszego pobytu dom nie był dostępny zwiedzającym, a według przewodników jest co podziwiać. Muszę przyznać, że z zewnątrz też robi duże wrażenie:

Na terenie zamku mogliśmy spędzić cały dzień. Jednak nadchodziła pora kolejnego karmienia, zmiany pieluchy oraz obiadu. Postanowiliśmy jeszcze tylko szybko odwiedzić Krąg Druidów, Kuchnię Czarownic oraz Schody Życzeń. A wszystko to w niewielkiej odległości od zamku.

Zapewne jeszcze tam wrócimy, jest to jedno z ciekawszych miejsc niedaleko Cork. I coś musi być w tej ziemi druidzkiej, ponieważ za każdym razem wracamy stamtąd wypoczęci i pełni energii na kolejne dni.

Możemy ze spokojnym sumieniem polecić Zamek w Blarney. Jeśli jeszcze tam nie byliście to na co czekacie? :)

Tylko dajcie znać wcześniej – zabierzemy się z Wami :) :):)

więcej zdjęć -> Blarney Castle (22.03.2011)

Pozdrawiamy

M, J. i F.

 
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 34 other followers