Jedyny taki dzień w roku, czyli Baby’s 1st Christmas (III).

Tak sobie zajrzałem na bloga i dopiero teraz mi się przypomniało, że nie skończyłem jeszcze swojej opowieści o naszej podróży bożonarodzeniowej. Obiadek nastawiony (trzeba tylko co jakiś czas zajrzeć), F. kursuję pomiędzy kuchnią a salonem – możemy pisać…

… Nieprzespana noc, Fifi zasmarkany, załzawiony, i jak tu jechać? Jednak obiecaliśmy, Dziadkowie czekają. No to w drogę.

A tu kolejny problem. Jak do tak małego autka (mieliśmy jechać Citroenem C1 :)) zmieścić wszystkie rzeczy? No i się zaczęło: to musi jechać, a to niekoniecznie, ale już TO obowiązkowo 🙂 Kiedy zakończyliśmy pakowanie i wygodnie zasiedliśmy w naszej puszeczce 🙂 Fifi od razu zasnął – dała się we znaki ciężka noc. Przynajmniej jedna osoba się wyśpi 🙂

A w trasie – koleiny, wyprzedzanie na trzeciego i trąbienie, kiedy ty, kierowca przestrzegający przepisów ruchu drogowego, jedziesz z w miarę dozwoloną prędkością a z tyłu nadjeżdża jakiś wariat, któremu strrrrasznie się śpieszy i uważa, że powinieneś zjechać, najlepiej do pobliskiego rowu, i go przepuścić. Echhh… uroki polskiej jazdy ułańskiej 🙂 W tamtym właśnie momencie doceniliśmy styl jazdy irlandzkiej: prędzej-czy-później-i-tak-tam-dojadę (z reguły później – duuużo później).

Po dwóch godzinach jazdy nadszedł czas na krótki postój w Olsztynie. Tylko gdzie by tu się zatrzymać i nakarmić Fifiego? McDonald’s – tam na pewno mają krzesełka dla małych dzieci i mikrofalę, żeby podgrzać jedzonko. Ha! Nie mieli! Ani mikro, ani krzesełka 😦 Ale jakoś trzeba sobie radzić i F. zasiadł za stołem, a Tata w tym czasie tłumaczył jakże przemiłej ale nie bardzo kumatej Pani, że potrzebuj kubek gorącej wody (nie kawy, nie herbaty tylko czystą, gorącą wodę). A w czasie karmienia rodzicom przypominały się studenckie czasy… To były czasy… Wspomnienia zostały jednak brutalnie przerwane, kiedy część obiadu, zamiast znaleźć się w buzi Konusika, wylądował na podłodze 🙂 Koniec marzeń, trzeba się skoncentrować. Po kilku chwilach odpoczynku nasza rodzinka wyruszyła w dalszą drogę. Zostało jeszcze ok. 200 km do przejechania. Całe szczęście, że nas Łysolek przespał prawie całą drogę i obyło się bez marudzenia.

A u dziadków… Na drugi dzień wizyta u lekarza z F. – zaczerwienione gardło – antybiotyk i nici ze spacerów Babci z wnusiem. No cóż… Taki los. Jednak w domu też można świetnie spędzić czas: czytanie książek (a to z Babcią, a to z Dziadkiem), tłuczenie w bębenek (z jednym Wujkiem, wyrywanie włosów (z drugim Wujkiem) no i oczywiście froterowanie podłogi (czyli raczkowanie w przyspieszonym tempie :)). To był bardzo intensywnie spędzony czas, już po dwóch dobach widać było zmęczenie na twarzach Dziadków, jednak dzielnie stawiali czoła kolejnym dniom 🙂

I w końcu nadszedł ten nieprzyjemny dzień – pożegnanie. Nienawidzę się żegnać. A tym razem było jeszcze gorzej. No bo jak tu zabrać Dziadkom ich jedynego wnusia, nie wiedząc, kiedy następnym razem się spotkamy. Może to oni przyjadą w odwiedziny? Zobaczymy.

No to w drogę powrotną do Malborka, a kilka dni później do Irlandii. Jakoś tak ciężko się wracało na Wyspę. Może na kolejne Święta zaprosimy wszystkich do siebie do Eire. Byłoby miło.

I to już koniec naszej podróży do PL. Kolejne wpisy niedługo. Pozdrawiamy i do zobaczenia.

                                             M.

Reklamy

~ - autor: marcinoos w dniu 29/03/2012.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

 
%d blogerów lubi to: