Dzień piąty, czyli co może czyhać za zakrętem.

Po rozczarowaniach dnia poprzedniego do samochodu wsiadaliśmy w mieszanych nastrojach. Z jednej strony podniecenie, a z drugiej rezygnacja. Podniecenie, ponieważ za cel naszej podróży wybraliśmy Cap de Formentor, jeden z najpiękniejszych punktów widokowych na Majorce. A rezygnacja, no cóż. Primo: jest to miejsce pielgrzymek turystycznych, więc należałoby się spodziewać tłumów. Secundo: F. marudny niemiłosiernie. Tertio: strrrrasznie gorąco i już chcemy do domu 🙂

Jedak wyruszyliśmy. Droga, jak droga, nic szczególnego. Prosto, płasko i co jakiś czas pojawiające się plaże:

I tak minęła nam większa część podróży.

Jednak kiedy do celu zostało nam jeszcze jakieś 20 km, krajobraz zmienił się diametralnie. I w tym miejscu muszę pochwalić nasze autko. Spisywało się dzielnie na górskich, krętych ścieżkach:

Po kilkudziesięciu minutach piłowania na drugim/pierwszym biegu oraz zakrętach o 180 stopniach, a także przepuszczania na co węższych odcinkach innych uczestników, naszym oczom ukazała się latarnia morska, cel naszej wspinaczki:

Nasz pobyt w tym miejscu był stosunkowo krótki. A wszystko z powodów wiejących tam wiatrów. Nie bez kozery majorkańczycy nazywają to miejsce Meeteing Point of  the Winds (miejscem spotkań wiatrów).

Pamiątkowe zdjęcie, szybki lunch Konusika i już pędziliśmy drogą powrotną.

Po drodze zahaczyliśmy jeszcze o jeden punkt widokowy. I muszę wam powiedzieć, że panorama roztaczająca się z tego miejsca bije na głowę tą z latarni morskiej:

Mówią, że świeże powietrze wzmaga apetyt. Dlatego też podjęliśmy decyzję: zwijamy się coś przekąsić. Najbliższe miejsce: Alcudia, dawna stolica wyspy. Co prawda mało brakowało a na obiadek mielibyśmy kozie mięsko. Nie, to nie my ustrzelilibyśmy kózkę, jednak od tego momentu przykładałem jeszcze większą uwagę do tego, co się dzieje na tych wąskich drogach:

Na zwiedzanie Alcudii nie mieliśmy ani siły, ani czasu. Wygłodniali, zmęczeni ale zadowoleni z odbytej wycieczki zaliczyliśmy szybką rundkę po Starym Mieście. Wąskie uliczki i niezliczona ilość restauracji nadają temu miasteczku niepowtarzalny klimat. Nie mówię tutaj o Port d’Alcudia, który jest miejscem stricte turystycznym. Hotele, hotele i jeszcze raz hotele,  które ciągną się wzdłuż 14kilometrowej plaży.

W jednej z taki restauracji odkryliśmy nową umiejętność naszego Szkraba, czyli tzw. evil look:

A do żeru wzięliśmy sobasadę i salchichon. Na wynos. W świeżutkiej i chrupiącej bagietce. Ze świeżutkimi warzywami. Pyszności. I znów mi ślinka cieknie. Gwoli wyjaśnienia:

  • sobrasada to majorkański specjał, bardzo podobny do chorizo, jednak z dużo większą zawartością papryki, co nadaje jej mocno czerwony kolor;
  • salchichon to rodzaj salami wyprodukowanego ze świni iberyjskiej chowanej w gajach dębowych. Mięso jest grubo mielone z dodatkiem soli, pieprzu i gałki muszkatołowej. Jest to wędlina dojrzewająca od 3 do 6 miesięcy.

Posileni ruszyliśmy w drogę powrotną do hotelu.

A co wydarzyło się ostatniego dnia naszej Majorkańskiej przygody już niebawem.

Do zobaczenia.

więcej zdjęć -> tutaj

Reklamy

~ - autor: marcinoos w dniu 18/10/2012.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

 
%d blogerów lubi to: