Kończę z tym, czyli ostatnie dni na Majorce.

•06/11/2012 • Dodaj komentarz

Tak, wiem. Znów ta wycieczka na Majorkę. Ile można? Dzisiaj już ostatni wpis.

W telegraficznym skrócie, bo i mi się też już nie chce.

  • Puig de San Salvador: Sanktuarium Maryjne na szczycie 500 m n.p.m. Atrakcja turystyczna, miejsce pielgrzymek. Droga do niego długa, jeszcze bardziej kręta niż na Cap de Formentor, można się tam dostać samochodem, rowerem lub też na piechotę (jako pokuta chyba). Widoczki cudne, brak barierek, Niemcy na trójkołowcach i kawiarenka w kościółku:

  • Felanitx – miasteczko o trudnej do wymówienia nazwie, po drodze do Sankuatium, ciche, spokojne (jak wszystkie w czasie sjesty) na jeden dzień w tygodniu zmienia się w ogromne targowisko.
  • Calla Mondrago – plaża w Parku Narodowym Mondrago, najładniejsza na jakiej byliśmy, przezroczysta woda, ciekawa okolica i dzieci wcinające piasek i popijające słoną wodą:

  • Can Picafort – nadbrzeżne, typowo turystyczne miasteczko, w piątki zamienia się w targowisko, 1,5 km stoisk, straganów, większość to wyroby skórzane (lub za takie uchodzące), majorkańskie perły i badziewie wszelkiej maści. Jednak znajdzie się kilka ciekawych okazów: niespotykane przyprawy, wyroby z drzew oliwnych, oraz cudowne, przyprawiające o ślinotok i oczopląs mięsko 🙂 :

  • Cuevas del Drach – Smocze Jaskinie położone pod Portochristo, wstęp o pełnych godzinach, czas trwania ok. 45 minut, atrakcje: stalaktyty, stalagmity, stalagnaty, największe na świecie podziemne jezioro, koncert muzyki poważnej lajf, przewodnik oprowadzający w czterech językach jednocześnie, wszechobecne kamery i No photos na każdym kroku. Lipa i już. Może poza koncertem. Ten akurat był fajny:

Więcej zdjęć tutaj i tutaj

I już koniec, więcej o Majorce pisał nie będę, bo sobie pomyślicie, że się chwalę.

Dobra, idę na obiad.

Dzień piąty, czyli co może czyhać za zakrętem.

•18/10/2012 • Dodaj komentarz

Po rozczarowaniach dnia poprzedniego do samochodu wsiadaliśmy w mieszanych nastrojach. Z jednej strony podniecenie, a z drugiej rezygnacja. Podniecenie, ponieważ za cel naszej podróży wybraliśmy Cap de Formentor, jeden z najpiękniejszych punktów widokowych na Majorce. A rezygnacja, no cóż. Primo: jest to miejsce pielgrzymek turystycznych, więc należałoby się spodziewać tłumów. Secundo: F. marudny niemiłosiernie. Tertio: strrrrasznie gorąco i już chcemy do domu 🙂

Jedak wyruszyliśmy. Droga, jak droga, nic szczególnego. Prosto, płasko i co jakiś czas pojawiające się plaże:

I tak minęła nam większa część podróży.

Jednak kiedy do celu zostało nam jeszcze jakieś 20 km, krajobraz zmienił się diametralnie. I w tym miejscu muszę pochwalić nasze autko. Spisywało się dzielnie na górskich, krętych ścieżkach:

Po kilkudziesięciu minutach piłowania na drugim/pierwszym biegu oraz zakrętach o 180 stopniach, a także przepuszczania na co węższych odcinkach innych uczestników, naszym oczom ukazała się latarnia morska, cel naszej wspinaczki:

Nasz pobyt w tym miejscu był stosunkowo krótki. A wszystko z powodów wiejących tam wiatrów. Nie bez kozery majorkańczycy nazywają to miejsce Meeteing Point of  the Winds (miejscem spotkań wiatrów).

Pamiątkowe zdjęcie, szybki lunch Konusika i już pędziliśmy drogą powrotną.

Po drodze zahaczyliśmy jeszcze o jeden punkt widokowy. I muszę wam powiedzieć, że panorama roztaczająca się z tego miejsca bije na głowę tą z latarni morskiej:

Mówią, że świeże powietrze wzmaga apetyt. Dlatego też podjęliśmy decyzję: zwijamy się coś przekąsić. Najbliższe miejsce: Alcudia, dawna stolica wyspy. Co prawda mało brakowało a na obiadek mielibyśmy kozie mięsko. Nie, to nie my ustrzelilibyśmy kózkę, jednak od tego momentu przykładałem jeszcze większą uwagę do tego, co się dzieje na tych wąskich drogach:

Na zwiedzanie Alcudii nie mieliśmy ani siły, ani czasu. Wygłodniali, zmęczeni ale zadowoleni z odbytej wycieczki zaliczyliśmy szybką rundkę po Starym Mieście. Wąskie uliczki i niezliczona ilość restauracji nadają temu miasteczku niepowtarzalny klimat. Nie mówię tutaj o Port d’Alcudia, który jest miejscem stricte turystycznym. Hotele, hotele i jeszcze raz hotele,  które ciągną się wzdłuż 14kilometrowej plaży.

W jednej z taki restauracji odkryliśmy nową umiejętność naszego Szkraba, czyli tzw. evil look:

A do żeru wzięliśmy sobasadę i salchichon. Na wynos. W świeżutkiej i chrupiącej bagietce. Ze świeżutkimi warzywami. Pyszności. I znów mi ślinka cieknie. Gwoli wyjaśnienia:

  • sobrasada to majorkański specjał, bardzo podobny do chorizo, jednak z dużo większą zawartością papryki, co nadaje jej mocno czerwony kolor;
  • salchichon to rodzaj salami wyprodukowanego ze świni iberyjskiej chowanej w gajach dębowych. Mięso jest grubo mielone z dodatkiem soli, pieprzu i gałki muszkatołowej. Jest to wędlina dojrzewająca od 3 do 6 miesięcy.

Posileni ruszyliśmy w drogę powrotną do hotelu.

A co wydarzyło się ostatniego dnia naszej Majorkańskiej przygody już niebawem.

Do zobaczenia.

więcej zdjęć -> tutaj

Dzień czwarty majorkańskiej przygody, czyli rozczarowanie stolicą.

•11/10/2012 • Dodaj komentarz

Właśnie wróciliśmy z coczwartkowych spotkań Parents & Toddlers, Fifi padł wyczerpany, ja, dosłownie przed chwilą, wymyśliłem co będziemy mieli na dzisiejszy późny obiad (Mama pracuję do 19tej :(, a na obiad Dynasty pork), mogę więc w tym niewielkim wpisie streścić dzień numer 4 naszej majorkańskiej przygody.

Dzień wcześniej, wieczorem, wybraliśmy się jeszcze do Portochristo, niewielkiego miasteczka niedaleko naszego hotelu. Według miejscowych legend, jest to miejsce najdroższych domów wakacyjnych. Podobno swoją hacjendę ma tutaj Rafael Nadal. Nie wiem, nie spotkaliśmy go 🙂

Niewielka plaża i ciekawie usytuowany deptak nadają temu miejscu niepowtarzalny klimat:

Więcej zdjęć z Portochristo tutaj.

Nazajutrz postanowiliśmy wybrać się do stolicy tej niewielkiej wyspy – Palmy. Punktem pierwszym naszej wycieczki było Palma Aquarium z największym w Europie zbiornikiem z rekinami.

Z całej naszej trójki na tą wycieczkę cieszyłem się ja (Tata). I się nie zawiodłem. Spędziliśmy tam ponad 3 godziny, można było więcej, jednak z naszym niecierpliwym potomkiem uważam to za sukces 🙂

Koszt 25 euro od osoby, dzieci do lat dwóch free 🙂 Całe Aquarium podzielone jest na kilka części, które odpowiadają poszczególnym oceanom, dodatkowo: dżungla, plac zabaw dla dzieci z prawdziwym piratem, oczko wodne ze złotymi rybkami (kilkukrotnie większymi, niż te spotykane u nas), część edukacyjna poświęcona tuńczykom, wystawa meduz, pub/restauracja oraz, to na co się czeka z niecierpliwością, Big Blue.

Mnogość gatunków ryb oraz innych wodnych żyjątek wręcz oszałamia, przy każdym z akwariów dotykowy wyświetlacz z opisem gatunków. A przed większymi zbiornikami porozrzucane poduszki i ławeczki, na których można sobie przycupnąć i podziwiać, relaksować się. Poniżej dodałem kilka zdjęć, które i tak nie odzwierciedlają cudowności tego miejsca. Trzeba tam pojechać i tego doświadczyć. Wrażenia są po porostu … … … aż mi słów brakuje.

Może kilka słów o Big Blue. To największy w Europie zbiornik z rekinami. Przy pierwszym spotkaniu nie robi takiego wrażenia o jakim się mogłoby marzyć. Ot kolejna szyba a za nią ryby. Jednak po dłuższym obcowaniu dostrzega się jego ogrom. W naszym przypadku o jego wielkości przekonali nas nurkowie pływający wśród rekinów. A zwłaszcza kiedy zaczęli się kierować do wyjścia. Płynęli, płynęli i płynęli. Zrobili się malutcy i… dalej płynęli 🙂 I to właśnie wtedy uderzyła w nas wielkość tego akwarium. Szok. 33 m długości, 25 m szerokości, 8,5 m głębokości, 3,5 miliona litrów wody.

Po skończonym zwiedzaniu wróciliśmy (choć niechętnie) do naszego autka. Teraz czekało nas krótkie zwiedzanie stolicy. Katedra, merkat, szybki obiad i do hotelu. Ale może po kolei.

Szybkie przestudiowanie mapy (katedra znajduje się tuż za parkiem, po prawej stronie, mam nadzieję, że nie przeoczymy) i ruszyliśmy z piskiem opon:) Jedziemy i jedziemy, a katedry jak nie było, tak nie ma. Może minęliśmy. Aż tu nagle wyrasta po naszej prawej stronie moloch, olbrzym, a przed nami znaki, które kierują turystów na podziemny parking. Trafiliśmy 🙂

Akurat trafiliśmy na sjestę, w czasie której większość atrakcji turystycznych, sklepów, marketów jest pozamykanych. Nic się nie da zobaczyć ani załatwić, tak więc pocałowaliśmy klamki w katedrze i ruszyliśmy wąskimi uliczkami Palmy w kierunku kolejnej atrakcji.

Naszym następnym punktem miał być Merkat de Olivar, czyli lokalny bazarek. Jednak jak to jest w czasie sjesty, wiadomo, nic nie jest czynne. Nawet jeśli, to zapaszek, który wydobywał się z hali targowej nie zapraszał do jej zwiedzenia. No cóż, rozczarowanie number 1.

Rozczarowaniem number 2 była wszechobecność wszelkiego rodzaju fastfood’ów. Burger King, McDonald’s, i inne takie na każdym kroku, nawet ma mapach turystycznych pozaznaczane szybkie żarcie. Szok. A gdzie knajpki z lokalnymi przysmakami? Jedną znaleźliśmy. I to było właśnie rozczarowanie no.3.

Zamówiliśmy tapas (rodzaj przystawek). Cena z sokiem 25 euro. W karcie dań zaznaczone: mix 5 tapas dla dwóch osób (chleb wliczony w cenę). Zapowiadało się interesująco. Mix, czyli nie wiesz co dostaniesz. I dostaliśmy.

Wyliczam: 5 kawałeczków bagietki, 4 pikantne kiełbaski (1,5 cm każda, najlepsze z zestawu), 2 przypalone mięska na patyczku, 100 g pesto, 8 krążków kałamarnic w cieście, i kawałeczek babki ziemniaczanej z kurczakiem. 25 euro i nawet nie poczuliśmy, że coś się zmieniło w naszych pustych żołądeczkach. Trudno.

Rozczarowanie numerek 4: piękne kamienice, do których podoklejano nowocześnie wyglądające witryny sklepowe. Pasują one jak pięść do nosa. No i z każdej strony my, biedni turyści, atakowani jesteśmy sejlami, ofertami i promocjami na: ciuchy, bieliznę, biżuterię i … kozaki. Tak, właśnie na kozaki. Tylko nie bardzo mogliśmy rozgryźć kiedy tambylcze kobiety mają okazję przywdziać tego typu obuwie.  I z tym właśnie problemem kołatającym się pod naszymi spoconymi włosami wróciliśmy do naszego malutkiego, klimatyzowanego pojazdu i udaliśmy się w drogę powrotną do Sa Comy.

Więcej zdjęć z akwarium -> tutaj a ze spaceru -> tutaj

Pozdrawiamy i do zobaczenia następnym razem

Rodzinka

Dzień trzeci, czyli nasza majorkańska przygoda – ciąg dalszy.

•02/10/2012 • Dodaj komentarz

Pierwszy dzień w pracy po dwutygodniowym urlopie. Ależ się nie chciało iść. Jeszcze ze dwa tygodnie laby by się przydały. No cóż, będzie jeszcze okazja.

Nie pozostaje nic innego jak wspominanie wakacji, tych ciepłych dni i tego beztroskiego leniuchowania. A jest co wspominać.

Trzeciego dnia naszego pobytu na Majorce wynajęliśmy autko i wyruszyliśmy na zwiedzanie wyspy. Na pierwszy ogień poszło Safari Zoo, oddalone od naszego ośrodka o jakieś… 800 m 🙂 To nasze pierwsze safari i, szczerze powiedziawszy, nie bardzo wiedzieliśmy czego się spodziewać. Przed bramą wjazdową niewielki znak informujący o  tym, że zoo nie ponosi żadnej odpowiedzialności za szkody wyrządzone przez zwierzęta. O cholercia… a my w wynajętym autku. No nic, jedziemy. Po uiszczeniu opłaty (19 euro/os. , Fifi za darmo) i kolejnej przestrodze (Jak będą małpy biegły w waszym kierunku to zamknijcie okna i delikatnie podjedźcie autem) ruszyliśmy ku przygodzie.

Nie będę się może rozpisywał o tym jak jechaliśmy w tej naszej cytrynce między, czasami wielkimi, zwierzętami. Wspomnę tylko, że nasz Konusik największą frajdę miał obserwując żyrafy oraz kiedy jedna z małp obsikała nasz samochód 🙂

Po skończeniu safari (trochę krótkiego jak na nasz gust) trafiliśmy do niewielkiego zoo. Tygrysy, lew, jeszcze więcej małp, papugi, remuly :):) (by the way – naaajwięększa radocha), gady, plac zabaw dla dzieci, czyli zestaw podstawowy powiększony o minizoo, gdzie można było poganiać się z kozami 🙂

To była udana wycieczka i miło spędzony czas. Więcej zdjęć znajdziecie tutaj.

Tego samego dnia wieczorem wybraliśmy się jeszcze do Portocristo, ale o tym i innych atrakcjach następnym razem.

Pozdrawiamy.

Wiele słonecznych dni, czyli z Rodzinką po trochę mniejszej wyspie.

•17/09/2012 • Dodaj komentarz

Ach, wakacje. Wyczekiwane, zachciane, pierwsze tak daleko z Fifkiem. Miejsce docelowe: Majorka 🙂 Powiecie może: Ee tam, Majorka. Oklepany temat. My też tak na początku myśleliśmy.

Okazało się zupełnie inaczej. Po kilku wieczorach spędzonych w sieci, odkryliśmy (gwoli ścisłości – MLP odkryła :)), że ta niewielka wysepka na Balearach oferuje wiele atrakcji. Poza opalaniem na niezliczonej ilości plaż (oczywiście) znajdziemy tutaj: jaskinie (pewnie się tam niedługo wybierzemy), największe w Europie oceanarium (na pewno się tam wybierzemy), auto safari (kolejny punkt wycieczki), niezliczona ilość bazarów, kramików rozsianych po całej wyspie, niezapomniane wrażenia samochodowe (jazda bez barierek krętymi górskimi drogami – mniam :)), pirackie szoł, szoł z delfinami i orkami, rezerwaty przyrody i wiele innych atrakcji, na które na pewno zabraknie nam czasu. Póki co siedzę i sobie piszę, a Rodzinka sobie smacznie śpi. Mieliśmy niestety nieprzespaną noc. I to nie ze względu na imprezowiczów. Co to to nie. Niestety Konusik się nam troszkę zakatarzył. A dziś rano: wizyta u lekarza, przepisane kropelki do nosa i… zakaz kąpieli. I to chyba największa kara dla naszego szkraba 😦 W takim razie pakujemy się do samochodu i ruszamy na podbój Majorki. To znaczy jak się obudzą i zjedzą obiadek 🙂

Ośrodek do którego zawitaliśmy zaskoczył nas bardzo. Pozytywnie. Cisza, spokój (przynajmniej na razie), szum drzew, czyli wszystko to czego do pełnego relaksu i wypoczynku potrzeba. Bouganvilla Aparthotel to ośrodek chyba specjalnie zaprojektowany i wybudowany z myślą o najmłodszych. Kilka basenów, z czego dwa o maksymalnej głębokości 60-ciu centymetrów, dwa place zabaw (ze zjeżdżalniami i innymi takimi), dwa boiska do piłki nożnej (jedno do plażowej), boisko do siatkówki plażowej, salon gier, żłobek, przedszkole z przeszkolonymi pracownikami, wieeelka scena pod namiotem, na której co wieczór prowadzone są konkursy i quizy nie tylko dla najmłodszych, dmuchane zamki, tor kartowy (dla maluszków), puby (to już dla duuużych dzieci :)), sklepy, restauracje, no i oczywiście setki leżaków. Ponadto wodny aerobik, doradcy wycieczkowi, doradca do opalania. Co prawda do plaży w Sa Coma mamy jakieś 10 – 15 minut spaceru, ale to nic, my lubimy dreptać.

I jeszcze jedno: będziemy jeść. Znaczy próbować lokalnych smakołyków i dzielić się z Wami wrażeniami. Za nami już paella – ryż ze wszystkim. My wczoraj jedliśmy mixed paella, czyli co kucharz miał w kuchni to na specjalną patelnię wypełnioną świetnie przyprawionym ryżem i dusimy. A znaleźliśmy w tej naszej paelli: krewetki, szczypce krabów, ostrygi, kawałki kurczaka, żeberka, warzywa i jeszcze takie coś, czego nie umieliśmy nazwać. I chyba nie będziemy szukać, bo smakowało wyśmienicie 🙂 Nawbijaliśmy się jak bąki i jeszcze jedna duuuża porcja została. Koszt z dużymi lokalnym piwkiem: 25 euro + napiwek

Majorka i Hiszpania ogólnie to również alkohole różnej maści. Najbardziej znanym jest chyba sangrija. Super słodkie wino (ok. 8%), które jest traktowane tutaj jako wino deserowe i podawane praktycznie wszędzie. Koszt w sklepie za litrową butelkę 1,50 – 3 euro. Smakuje najlepiej wieczorem, na tarasie, na plastykowych krzesłach, jako dopełnienie relaksu po całym dniu nicnierobienia 🙂

Wczoraj również w nasze łapki trafił likier kawowy Tia Nadal (produkt majorkański, 3,30 euro za butelkę 200 ml). Jeszcze słodszy od sangriji, ale za to jaki dobry. Zapewne byłby świetnym dodatkiem do mrożonej kawy 🙂

Zostało nam jeszcze kilka dni, które przeznaczymy na zwiedzanie wyspy. Po dzisiejszej konsultacji nie bardzo możemy plażować 😦 Szkoda naszego Łysolka, musi się jeszcze z katarem pomęczyć biedaczek. W takim razie dzisiaj albo Safari Zoo, albo Cuevas del Drach, albo może zupełnie coś innego. Zobaczymy.

Póki co, do zobaczenia niedługo.

Tata

W między czasie możecie sobie podglądać fotki z dotychczasowych dni na naszym FB tutaj (pierwszy dzień) oraz tutaj (drugi dzień).

Kilka słonecznych dni, czyli nasze plażowanie w Eire.

•09/09/2012 • Dodaj komentarz

Dzisiejszy dzień przywitał nas kapuśniaczkiem. Niby nic dziwnego w Irlandii, jednak po dwóch ostatnich SŁONECZYCH tygodniach troszkę nam miny posmutniały. Niedziela, można by było gdzieś podjechać, a tu… no właśnie. Ale nie ma tego złego… Przynajmniej mogę się z Wami podzielić wrażeniami z naszych harców na plażach Eire 🙂

Pierwszą plażę jaką odwiedziliśmy było Rocky Bay. Nie był to nasz pierwszy wypad w te strony, jednak zdecydowanie pierwszy z takim słoneczkiem:

Nie będę się może dużo rozpisywał, niech zdjęcia same pokażą jak było 🙂

Uwaga, będę skakał.

Kolejny dzień – kolejna plaża. Tym razem Myrtleville:

Ach, dawno już nie było w IRL takiej cudownej pogody (jak sobie dobrze przypominam, to chyba nigdy odkąd przyjechaliśmy). Miejmy nadzieję, że nie będą to ostatnie słoneczne dni na wyspie.

Póki co pozostaje nam oglądanie zdjęć i wyczekiwanie upragnionego przez rodziców urlopu. A do niego coraz bliżej :):):):)

Pozdrawiamy słonecznie (ponieważ właśnie słoneczko nieśmiało wygląda zza chmur – może końcówka dnia będzie ładniejsza)

Tata

Dzień wspinaczki, czyli Gougane Barra kolejny raz.

•09/08/2012 • Dodaj komentarz

Strasznie duszno dzisiaj w IRL, okna i drzwi w domciu pootwierane… i nic, nawet najmniejszego przeciągu. A jutro ma być cieplej, całe 20 stopni C 🙂 Konusik śpi w samych bodach, inaczej pewnie się by rozpuścił w łóżeczku. Jakby to powiedziała Babcia: dziecko zimnego chowu 🙂 A ja (tzn. Tata) siedzę sobie przy kompie, myślę co by tu na obiad i kombinuję nad kolejnym wpisem. Co do obiadu, z racji tej duchoty, raczej zrobimy coś orzeźwiającego. I nawet mam kandydata do pożarcia, którego znalazłem na Cooking & Eating by centka (swoją drogą polecam ten blog – REWELACYJNY :)). Zobaczymy co z tego wyniknie i damy Wam znać.

Oj, Fifi się obudził, zmykam…

I jestem z powrotem. Znaczy jesteśmy, bo tym razem na kolanach zagnieździł mi się Łysolek i czeka na butlę. Muszę wspomnieć, że minęły 2 godziny od pobudki. Jesteśmy po obiadku (kapuśniaczek), deserku (przecier owocowy) i spacerku i jesteśmy głodni (ZNOWU :)).

We wcześniejszym wpisie wspomniałem o Gougane Barra. To już nasza druga wyprawa w tamte strony i zapewne nie ostatnia.

Na samym początku muszę Was ostrzec: ta wyprawa co całodniowa wycieczka. Kiedy jest się już na miejscu nie można oprzeć się wrażeniu, że czas jakby zwalniał. Malowniczo położone jezioro, St. Finbaar’s Oratory, park leśny z wieloma wytyczonymi ścieżkami, aż zachęcają do spokojnego spaceru:

Kiedy byliśmy tam pierwszy raz Fifi miał jakieś siedem miesięcy i to Tacie w udziale przypadło noszenie potomka. Mama się już nanosiła, prawda? Dobrze, że mieliśmy plecaczko-nosidełko. Wygodniej było i Tacie, i Filipowi:

Kiedy już dotarliśmy na szczyt naszym oczom ukazał się taki widoczek:

Cała ta wspinaczka spowodowała, że poczuliśmy dość dokuczliwe ssanie w żołądkach. Zwłaszcza Tata 🙂 Jak to mówią: świeże powietrze wzmaga apetyt:

I minął rok. Konusik nauczył się chodzić, Dziadkowie znów przyjechali na Wyspę na wakacje i wszyscy po raz drugi udaliśmy się do Gougane Barra.

Tym razem nasz mały zdobywca całą drogę na szczyt pokonał samodzielnie:

I tak samo jak poprzednim razem to dziwne ssanie w żołądku dopadło nas znienacka. Coś musi w tym miejscu być, więc jeżeli się tu wybieracie, musicie się zaopatrzyć w porządne zapasy 🙂

Na koniec jeszcze kilka fotek. Mam nadzieję, że jeszcze tam pojedziemy w przyszłym roku i może się spotkamy 🙂

Więcej zdjęć na naszym fejsiku 🙂

 
%d blogerów lubi to: